Dzisiaj zamierzam ambitnie podejść do testu końcowego. Czeka mnie jeszcze trochę powtórek i dawaj, nie ma odwołania. Na zakończenie przesyłam pewną przemiłą piosenkę, no nie powiem żeby od razu kredo zawodowe ale powinna nieraz dać się usłyszeć w bibliotekach jako podsumowanie pracowitego dnia :)
http://www.youtube.com/watch?v=KI5AEbrq4sc
Wychwytuję wrażenia z codzienności, podróżuję po okolicach bliskich i trochę dalszych, cieszę się obecnością ludzi, których dane mi było poznać, zatrzymuję dla siebie przeżyte chwile. Moje dzieci czasem mi towarzyszą i wspólnie wyłapujemy urywki z życia warte zachowania.
niedziela, 1 grudnia 2013
jak ja lubię swój zawód !
Uwielbiam oglądać starodruki, ryciny, pożółkłe od starości papiery na których kaligraficznym pismem ktoś przed wiekami nanosił notatki. Cieszy mnie możliwość wejścia do miejsc zamkniętych dla ogółu oraz oglądania tego, co wyciąga się na wyjątkowe okazje i dla wyjątkowych gości. Zawód bibliotekarza jest właśnie taką przepustką!
Powyżej zbiory pewnej starej przyklasztornej biblioteki.
sobota, 30 listopada 2013
fotoreminiscencje cd
Za oknami obrzydliwie szaro, oblodzone chodniczki i ścieżki, nagie gałęzie wiśni w przydomowym ogródku. Jedynie witalna pietruszka na grządce nie daje się puki co i stroszy wojowniczo zielony pióropusz. Oglądam foto zrobione jesienią , grzeję się gorącą herbatą z sokiem i wspomnieniami...
Na kolanach rozłożony w pozie niedbałej Malczewski, nie , nie ten retro szatyn z ubiegłego wieku a raczej jego opis zjawiska zwanego "góralszczyzną"..
''Cuda Polski"
Mam przed sobą reprint książki "Tatry i Podhale" Rafała Malczewskiego z 1935 roku. Została wydana w serii "Cuda Polski" przez Wydawnictwo Polskie , która ukazywała się w latach 1928 - 1939 i była wielkim sukcesem edytorskim owych lat. Seria ta z racji reprezentowania "niesłusznej linii" w czasach PRL-u usuwana była z bibliotek, by po przełomie roku 1989 tryumfalnie powrócić w postaci reprintów . "Tatry i Podhale" jest jednym z czternastu tomów serii. Jej autorem jest syn wybitnego malarza - Jacka Malczewskiego, który idąc w ślady ojca zdobywał uznanie jako malarz pejzaży sielskich, tatrzańskich hal, małych stacyjek i błotnistych dróg wiejskich. Zawarł on w książce sporą dawkę informacji o życiu, obyczajach i ludziach żyjących w rejonie Tatr i Podhala, którzy zdołali odcisnąć swoje piętno w pamięci ludzkiej. Spora dawka czarno-białych fotografii z początków ubiegłego wieku uzupełnia tok pisarskiej wypowiedzi na łamach książki.
Poszczególne rozdziały poświęcone są historii osadnictwa na tamtych ziemiach, opisowi trudnych warunków życia opartych na pasterstwie i rolnictwie, odrębności tworzonej przez osiadłą ludność sztuki, opisowi charakteru przyrody, pór roku, pięknu trudnych gór. To prawdziwa perełka wydawnicza przeznaczona dla turystów w zimowym spoczynku . Dzisiaj wieczorem z pewnością się zapadnę w klimat Zakopanego sprzed wieku.
Poszczególne rozdziały poświęcone są historii osadnictwa na tamtych ziemiach, opisowi trudnych warunków życia opartych na pasterstwie i rolnictwie, odrębności tworzonej przez osiadłą ludność sztuki, opisowi charakteru przyrody, pór roku, pięknu trudnych gór. To prawdziwa perełka wydawnicza przeznaczona dla turystów w zimowym spoczynku . Dzisiaj wieczorem z pewnością się zapadnę w klimat Zakopanego sprzed wieku.
bladym świtem w sobotę
Poranny wściek. Synek jedzie z klasą na Andrzejki do schroniska PTSM w górach, pokój jak po napadzie, rano szperanie w DVD, bo wypad w góry w tym pokoleniu nie obejdzie się bez dyżurnego laptopa od kolesia i oglądania filmów po zmroku. Gry na kompa skasowałam. Powiedziałam co o tym myślę. Nie powiedziałam, co myślę o rodzicach kolesia. Ciśnienie mi się podniosło, nie jestem tolerancyjna. Kto to powiedział, że należy dawać przykład swoją postawą życiową i dużo rozmawiać to będą efekty. Jeszcze chodzę wewnętrznie jak pomyślę do czego sprowadza się wspólny wypad w góry dzisiejszych trzynastolatków.
I córci się oberwało za rozwłóczone po pokoju ciuchy i utensylia rysunkowe. Spokojnie. I do pracy. Odpocznę trochę psychicznie od domowego tygla z dwojgiem nastolatków.
Pomyślę o tym jutro- jak mawiała Scarlet OHara.
I córci się oberwało za rozwłóczone po pokoju ciuchy i utensylia rysunkowe. Spokojnie. I do pracy. Odpocznę trochę psychicznie od domowego tygla z dwojgiem nastolatków.
Pomyślę o tym jutro- jak mawiała Scarlet OHara.
wtorek, 26 listopada 2013
Fotoarchiwalia cz. 3
Na pocieszenie oglądam sobie zdjęcia z wakacji i jesiennych wypraw.W tym roku pierwszy raz byłam w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Parę razy zwiedziłam Jurę Krakowsko-Częstochowską no i oczywiście sobotnie wycieczki w Beskidy na pobliskie trasy.Taszczę z sobą mojego wymarzonego Nikona, nawet przy najtrudniejszych wejściach dynda mi na szyi a ja spowalniając wycieczkę robię ujęcia bardziej i mniej udane. Przyznam się, że zaczynam tęsknić do mojego starego Fotosmarta HP, robił piękne zdjęcia z automatu dopóki nie wysiadł. I lekki był. A Nikuś swoje przeszło pół kilo waży.
Zima
Znów zaskoczyła drogowców. Zaspy, muldy, nieodśnieżone drogi po wsi, nim dotrę do powiatowej to nieźle mną pozamiata na zakrętach, o mijaniu się dwóch auteczek na dojazdowej nawet nie mówię, dziś przetrenowałam to jako przeżycie ekstremalne (po obu stronach dojazdówki rowy melioracyjne). Teraz do pracy będę jechać codziennie w korku z prędkością średnią 40 km/h, pięć metrów przede mną auto, pięć metrów za mną auto a daleko przede mną sznur czerwonych tylnich świateł . Już się zastanawiam o której rano mam wyjechać aby dotrzeć odpowiednio wcześnie po to by zająć miejsce wylotowe na służbowym parkingu. Bo tylko jeśli wyjadę bez opóźnień zdążę do drugiej pracy w odległym miejscu. Wziąwszy pod uwagę, że mam tylko godzinkę przerwy między oboma cząstkami mojego etatu a obecna prędkość na trasie jak wyżej to...Byle do grudniowego urlopu!
poniedziałek, 25 listopada 2013
Prasówka z dziś
Leżąc na kanapie przeglądam leniwie grudniowy numer Twojego Stylu, jednym okiem zezując jednak w ekranizację "Aniołów i demonów" wg. Browna. Można sobie darować.
Uwagę moją przyciągnął wywiad z odtwórczynią głównej roli w "Papuszy" - Jowitą Budnik. Pamiętam ją z "Placu Zbawiciela", zrobiła na mnie wtedy wrażenie naturalnością z jaką oddała postać głównej bohaterki. Nie miałam wątpliwości , była tak autentyczna w roli kobiety w matni.
W wywiadzie okazała się osobą bezpośrednią, pozbawioną maniery , daleką od blichtru świata wykreowanego na potrzeby gwiazd i gwiazdeczek . Szczerze opowiada o sobie, swoim życiu pozaaktorskim które opiera na rodzinie i pracy. Lubię ludzi bez zadęcia.
Książkę o Papuszy poczytywano już w radiowej Trójce od jakiegoś czasu, nie mogę doczekać się kiedy dostanę ją w ręce, na film się wybiorę.
fotoarchiwalia cz.2
Przeglądam wakacyjne zdjęcia, na dłużej zagościłam na Dolnym Śląsku, oby udało mi się powtórzyć to w przyszłym roku. Poniżej Kamieniec Ząbkowicki, Góry Stołowe, ekspozycja przed wejściem do Jaskinii Niedźwiedziej i parę jeszcze szczegółów na widok których robi mi się przyjemnie w sercu.
piątek, 22 listopada 2013
"Kompetencje informacyjne"
No cóż, odrabiamy z córcią zadanie z polaka, opisujemy arras z Wawelu pt: "Wejście zwierząt do arki" i jakżesz okazała się przydatna umiejętność przeszukiwania zasobów internetu, w podręczniku mamy szaroburą zgrzebnie podkolorowaną ilustrację nieco większą niż pudełko zapałek, a w necie...córcia sama znalazła bez matczynej asekuracji właściwy arrras dając opcję "grafika", no to pokolenie to prosto z pieluch przed laptopa bez żadnego krygowania.
Ale pojęcie "liczb pierwszych" lepiej wytłumaczy jednak mama!
Ale pojęcie "liczb pierwszych" lepiej wytłumaczy jednak mama!
sobota, 16 listopada 2013
Miedzianka
Wczoraj doczytałam reportaż Filipa Springera "Miedzianka. Historia znikania". Swego czasu odsłuchiwałam fragmenty w radiowej trójce, potem jeszcze długo zbierałam się w sobie aby odnaleźć tę książkę, prosiłam o odłożenie w wielkiej powiatowej bibliotece, zapomniałam, zajęłam się czymś innym . I niespodzianka. Znalazłam ją na półce w gminnej bibliotece w dziale reportażu. Historia małego miasteczka położonego u podnóża gór Sowich zawładnęła moją wyobraźnią. Niemal zobaczyłam starannie utrzymany ryneczek otoczony niską zabudową,ze szpalerami nasadzeń, ludzi, którzy tworzyli tamtejszą społeczność skupionych wokół małego rodzinnego browaru i przedstawicieli innych zawodów pozwalających miasteczku na niezależne funkcjonowanie. I odkrywkową kopalnię kruszców to zanikającą to rozwijającą działalność aż po swój dramatyczny koniec kiedy po II wojnie światowej odkryto w niej rudy uranu. Radziecki "sojusznik", przejąwszy pełen nadzór nad wydobyciem doprowadził do pełnej dewastacji miasta, które zaczęło zapadać się w rabunkowo wydrążone podziemne chodniki górnicze. Pojawiają się też dramatyczne wątki wysiedleń przedwojennych mieszkańców, zniszczenia pozostawionych domów, cmentarza, metodycznie i celowo dokonywanego przez nową falę przesiedleńców. Wiele razy byłam w okolicach Jeleniej Góry, teraz mam nowy motyw do wędrówki po tamtych okolicach, chcę dotrzeć najpierw do położonych tuż przy nieistniejącej już Miedziance Janowic i stamtąd wyruszyć na poszukiwanie śladów miasta, które zapadło się pod ziemię.
Poniżej link do artykułu na ten temat.(dostęp z dn. 16.11.3013r.)
http://interpolonika.com/2011/05/miedzianka-%E2%80%93-miasteczko-widmo-kolo-marciszowa/

Poniżej link do artykułu na ten temat.(dostęp z dn. 16.11.3013r.)
http://interpolonika.com/2011/05/miedzianka-%E2%80%93-miasteczko-widmo-kolo-marciszowa/
środa, 6 listopada 2013
"Listy z nieba"
Wypożyczyłam właśnie drugi tom "Na wysokiej połoninie" Stanisława Vincenza - Pasmo II "Listy z nieba" , książka wygląda na mocno zaczytaną, okładka pod folią z widocznymi śladami wieloletniego używania. Poczytuję ją ukradkiem, wiem, że dzisiaj rozsiądę się wygodnie wieczorem na kanapie, przygotuję kubek herbaty z sokiem i pozwolę sobie na zaczytanie.Zapadnę się w świat huculskich gazdów, między lasy , zaznam wolności ludzi których karków nikt nie zginał.
Oczywiście to jak już zagnam dziatwę do łóżek, pozmywam sterty naczyń po kolacji i założę pranie do pralki!
Oczywiście to jak już zagnam dziatwę do łóżek, pozmywam sterty naczyń po kolacji i założę pranie do pralki!
wtorek, 5 listopada 2013
niedzielny spacer
W minioną niedzielę miałam okazję zwiedzać cmentarz żydowski w Bielsku-Białej. Przewodnik czekał na wszystkich chętnych o określonej godzinie aby pooprowadzać po nekropolii i przybliżyć sylwetki znakomitych bielszczan minionej epoki, pochowanych tamże. Umówiłam się ze znajomymi na wspólne fotografowanie, zadbałam o naładowanie akumulatorka do foto. Córka postanowiła jechać ze mną, jeszcze ją cieszy towarzyszenie mi w różnych takich przedsięwzięciach, syn obrasta w puszek dojrzewania, nie prowadza się już z matką. I nici z wycieczki z przewodnikiem. Przed bramą cmentarza kłębiący się gęsty tłum, w domu modlitwy ścisk i niemożność dostania się nawet w zasięg głosu przewodnika, machnęliśmy ręką i zaczęliśmy zwiedzanie po gęsto obsianych spacerowiczami alejkach. Nastrój piknikowy, rodzinki z dzieciakami, paczki znajomych , szerokie życie towarzyskie. Z nastrojowej sesji zdjęciowej niewiele jednakże udało się zrobić kilka ujęć bez włażących w kadr wszechobecnych ludzi.
poniedziałek, 4 listopada 2013
Kroh
W domu czeka na mnie "Łemkowszczyzna" Antoniego Kroha, przeczytałam już większość jego książek, dwa lata temu miałam szczęście być na jego wieczorze autorskim. Kiedy po raz pierwszy wpadł mi w ręce "Sklep potrzeb kulturalnych" wiedziałam już, że tego autora będę chciała mieć w domu na wyciągnięcie ręki wszystko. Mam potrzebę niektóre książki mieć w zasięgu wzroku, ręki, mogę nie sięgać do nich ponownie przez lata i wystarcza mi jakaś kojąca świadomość obecności w moim zbiorze, że zawsze mogę wyciągnąć dany egzemplarz i zacząć czytać w dowolnym miejscu. O źródłach kultury ludowej nikt chyba tak nie pisał, pamiętam jak w jakimś fragmencie "Tatr i Podhala" wywiódł szeroko pochodzenie i znaczenie deseni na tkaninach używanych na spódnice przez góralki, skąd przywędrował jaki motyw zdobniczy, w jaki sposób powstawały wzory i skąd czerpano inspiracje. Mnóstwo anegdot, przybliżania czytelnikom postaci nietuzinkowych w różny sposób - jak na przykład historia o szalonym kierowcy autobusu PKS kursującego w okolicach Bukowiny, historia góralki-aktywistki ZSMP, która poprzez stopniowo osiągany awans społeczny odkrywała w sobie pokłady kobiecości, to wszystko znalazłam w "Sklepie..." a każda kolejna książka tego autora zaskakiwała mnie bogactwem galerii postaci, historii zapomnianych a wartych odświeżenia. W ankietach osobowych w rubryce "ulubiony autor" ja wpisuję : Antoni Kroh
sobota, 2 listopada 2013
powakacyjne archiwalia cz1.
W czasie wakacji wybrałam się zobaczyć legendarne górnicze familoki zbudowane z czerwonej cegły a także osiedle domków z których wywiedli się przedstawiciele "grupy janowickiej" - amatorskiej grupy malarzy którzy za temat swoich prac z pogranicza realizmu magicznego obierali otaczający ich świat kopalń, familoków, ludzi z tamtąd, codziennych elementów rzeczywistości. Giszowiec i Nikiszowiec to miejsca tętniące życiem, zamieszkałe od pokoleń przez górnicze rodziny, z wyrozumiałością traktujące turystów pstrykających lustrzankami na każdym rogu ulicy.
poniedziałek, 28 października 2013
książki
Zachęcona lekturą książki Michała Kruszony '"Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna" z marszu niejako sięgnęłam po Stanisława Vincenza "Na wysokiej połoninie - Zwada". Odszukałam ją w przepastnych magazynach zaprzyjaźnionej placówki bibliotecznej, nieco zapomnianą przez współczesnego czytelnika.Na pożółkłych kartkach wydania z lat osiemdziesiątych zaklęty został obraz świata społeczności huculskiej z barwną obrzędowością, zwyczajami, obyczajami towarzyskimi u progu wieku XX. Ukazane zostało zderzenie tradycji i obyczajowości wolnych ludzi zamieszkujących obszary między Czarnogórą a Bukowiną z groźnie postępującą "nowoczesnością" świata. W słusznym przewidywaniu mądrych starych ludzi, w nieodwracalny sposób zagrozi i zniszczy ona świat starych zasad, zniszczy dawny sposób życia. Na kartach książki w barwnym potoczystym języku wzbogaconym gwarowymi określeniami opisane są dzieje rodów huculskich, tych znaczących- gazdów pępkowych i ludzi ich otaczających, żydów, rębaczy z butynu, spuzarów. W decyzjach swoich kierowano się poczuciem honoru i obowiązku wobec innych, drewniany rewasz z karbowanymi znakami stawał się rękojmią zawartej umowy.
Czuję że to dla mnie początek nowych poszukiwań, cykl "Na wysokiej połoninie" zawiera pięć ksiąg, do których dotarcie zabierze mi pewnie trochę czasu...
Czuję że to dla mnie początek nowych poszukiwań, cykl "Na wysokiej połoninie" zawiera pięć ksiąg, do których dotarcie zabierze mi pewnie trochę czasu...
niedziela, 27 października 2013
pracująca dziewczyna
Za mną ciężki tydzień, przemieszczam się auteczkiem między jednym kawałkiem etatu a drugim..Parę miesięcy takiego funkcjonowania już mi daje w kość, nic to , zaciskam zęby, byle do przodu.
Art Foto
I już po festiwalu. Przez trzy tygodnie dostępne były wystawy mistrzów współczesnej fotografii w kilku nieodległych punktach miasta, karnet na wstępy opłaciłam już we wrześniu. Nie mogłam się nacieszyć tym wydarzeniem należycie, wystarczająco dużo czasu poświęcić na przegląd prac. Tylko dzięki determinacji zobaczyłam wszystkie wystawy, w przerwach między doskokiem z jednej pracy do drugiej, po sobotnich dyżurach kradnąc czas rodzinie oczekującej w domu wypełnienia słusznych obowiązków matki i napełnienia misek bardziej wykwintną strawą niż zgrzebnie naprędce upichcona codzienna.
Na długo pozostaną mi pod powiekami odrealnione portrety francuskiego fotografika- Williama Roppa; podświetlone postaci dziecięce na tle na poły roślinnym na poły magicznym, sugestywnie wpatrujące się w widza intensywnym do granic spojrzeniem, kobiety o skórze poszarzałej, z porami wypełnionymi pyłem tworzącym na ciele nierealne desenie.
Na zdjęciach Jaroslava Kucery zobaczyłam ludzkie emocje, nonszalancki wdzięk przegranych, którzy z brawurą i gestem wielkopańskim tracą ostatnie drobne wytargowane od życia, w twarzach widoczne były uczucia tak intymne że aż budzące szacunek.
O mało wtedy nie spóźniłam się do pracy...
Na długo pozostaną mi pod powiekami odrealnione portrety francuskiego fotografika- Williama Roppa; podświetlone postaci dziecięce na tle na poły roślinnym na poły magicznym, sugestywnie wpatrujące się w widza intensywnym do granic spojrzeniem, kobiety o skórze poszarzałej, z porami wypełnionymi pyłem tworzącym na ciele nierealne desenie.
Na zdjęciach Jaroslava Kucery zobaczyłam ludzkie emocje, nonszalancki wdzięk przegranych, którzy z brawurą i gestem wielkopańskim tracą ostatnie drobne wytargowane od życia, w twarzach widoczne były uczucia tak intymne że aż budzące szacunek.
O mało wtedy nie spóźniłam się do pracy...
poniedziałek, 7 października 2013
Niedzielny wycisk
Na Małą Fatrę wyjechaliśmy w niedzielę o 7.00 z miejsca zbiórki przy MCK, drzemałam w autobusie słusznie przewidując że dostanę wycisk. Dzień był szary, bezdeszczowy, temperatura niższa niż zakładana, gratulowałam sobie zapasowego polarka w plecaku. Trasa zaczęła się dość łagodnie, Dolne Giery powitały nas pierwszymi kaskadami wody i zjawiskowo pięknymi przejściami między masywami skalnymi. Przejście po metalowych konstrukcjach bezpośrednio położonych nad strumieniem wijącym się między skałami było pełne niecierpliwego napięcia, deptając sobie po piętach przechodziliśmy kolejno po mokrych i śliskich od błota stopniach, żałowałam że jestem z tak liczną grupą i nie mogę się po prostu zatrzymać by nacieszyć się tym widokiem. Szliśmy zwartą grupą jeden za drugim pilnując odległości i przewodnika w zasięgu wzroku. Dalej były i wejścia z łańcuchami, na wilgotnych skałach ślizgały się buty, jedną ręką przytrzymywałam się barier i podciągałam na łańcuchach, drugą chroniłam sprzęt foto.Mimo ostrego tempa narzuconego przez Szefa udało mi się zrobić parę ładnych ujęć dzięki którym już na spokojnie mogę zobaczyć a gdzie wczoraj byłam. W Górnych Gierach było jeszcze piękniej i jeszcze trudniej, wyślizgane mokre skały wymuszały dyscyplinę i koncentrację na tym by dobrze stawiać stopy a nie rozglądać się wokoło i kontemplować piękno przyrody. Chwila nieuwagi groziła bolesnym upadkiem i stoczeniem się ze skalistego przejścia ciągnąc za sobą pozostałych.Szybko przeszłam do "tylniej straży" i bez takiego już parcia na dotrzymanie tempa pozwalałam sobie na krótkie chwile postoju by porozglądać się wkoło. Zmęczona porządnie dotarłam na przełęcz, część najbardziej niezdartych poszło na Wielki Rozsutec, ja z pozostałymi maruderami przeszłam spokojnie pod szczytem bocznym szlakiem omijając tym razem to wyzwanie.
Doszliśmy do Stefanowej, z przyjemnością i błogą ulgą usiadłam na wielkim zwalonym pniu tuż przy parkingu i nie wstałam za żadne skarby aż do przyjazdu naszego autokaru. Kontemplowałam sobie wybłocone do kolan spodnie, usuwałam grube centymetry gliny oblepiającej moje trapery, wyjadłam wszelkie resztki i pozostałości z plecaka.Dowcipkowaliśmy, podjadaliśmy "Studencką" zakupioną w miejscowym zdzierstwie za euro, popijaliśmy cienkie piwo bez gazu i było nam dobrze.
Doszliśmy do Stefanowej, z przyjemnością i błogą ulgą usiadłam na wielkim zwalonym pniu tuż przy parkingu i nie wstałam za żadne skarby aż do przyjazdu naszego autokaru. Kontemplowałam sobie wybłocone do kolan spodnie, usuwałam grube centymetry gliny oblepiającej moje trapery, wyjadłam wszelkie resztki i pozostałości z plecaka.Dowcipkowaliśmy, podjadaliśmy "Studencką" zakupioną w miejscowym zdzierstwie za euro, popijaliśmy cienkie piwo bez gazu i było nam dobrze.
sobota, 5 października 2013
Zosia robi przyjęcie
Spędziłam miło dzień, spotkaliśmy się wszyscy przed Fałatówką, weszliśmy, by pozwiedzać ten piękny obiekt w którym Fałat spędził ostatnie dwadzieścia lat swojego życia. Przewodnik i kierownik muzeum w jednej osobie uraczyła nas ciekawostkami z życia malarza i jego najbliższej rodziny.Największe wrażenie na mnie zrobił portret góralki, akwarela - z któregokolwiek miejsca patrzyło się na ten portret jej wzrok zawsze padał bezpośrednio na oglądającego, patrzyła jakby prosto w oczy, wypróbowałam to pod różnym kątem i wrażenie pozostało niezmienne
Zosia czekała w leśniczówce, przygotowała watrę, duszonki, kiełbachę do pieczenia na patyku. Jesień łaskawie nas potraktowała dzisiaj, słońce przebijało się przez ulistnione jak najbardziej drzewa. I atrakcja specjalna- w pewnym momencie podjechały dwie ciężkie terenówy, wysiedli kierowcy o twarzach wyciosanych w grubym kamieniu z nieodłącznym papierosem w ustach, zagarnęli towarzystwo do aut i pojechaliśmy wysoko w górę, na przełaj przez las, stromiznami, drogami znanymi tylko leśnikom.W pewnym momencie zobaczyłam już na wysokości niezmierzone połacie lasu porastającego zbocza Klimczoka, lasu w którym właśnie zaczyna się zmiana barw, jeszcze zielonego ale już z zaznaczonym akcentem zółci i czerwieni. I widok najbardziej nieoczekiwany; ze stanowiska składowania drewna z wyrębu zwanego patelnią między odległymi szczytami Pilska i Babiej pojawiły się odległe Tatry. Jutro jadę na Małą Fatrę, spodziewam się wrócić zmęczona i nasycona odczuciem przestrzeni
Subskrybuj:
Posty (Atom)
































