I już po festiwalu. Przez trzy tygodnie dostępne były wystawy mistrzów współczesnej fotografii w kilku nieodległych punktach miasta, karnet na wstępy opłaciłam już we wrześniu. Nie mogłam się nacieszyć tym wydarzeniem należycie, wystarczająco dużo czasu poświęcić na przegląd prac. Tylko dzięki determinacji zobaczyłam wszystkie wystawy, w przerwach między doskokiem z jednej pracy do drugiej, po sobotnich dyżurach kradnąc czas rodzinie oczekującej w domu wypełnienia słusznych obowiązków matki i napełnienia misek bardziej wykwintną strawą niż zgrzebnie naprędce upichcona codzienna.
Na długo pozostaną mi pod powiekami odrealnione portrety francuskiego fotografika- Williama Roppa; podświetlone postaci dziecięce na tle na poły roślinnym na poły magicznym, sugestywnie wpatrujące się w widza intensywnym do granic spojrzeniem, kobiety o skórze poszarzałej, z porami wypełnionymi pyłem tworzącym na ciele nierealne desenie.
Na zdjęciach Jaroslava Kucery zobaczyłam ludzkie emocje, nonszalancki wdzięk przegranych, którzy z brawurą i gestem wielkopańskim tracą ostatnie drobne wytargowane od życia, w twarzach widoczne były uczucia tak intymne że aż budzące szacunek.
O mało wtedy nie spóźniłam się do pracy...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz