poniedziałek, 28 października 2013

książki

Zachęcona lekturą książki Michała Kruszony '"Huculszczyzna. Opowieść kabalistyczna" z marszu niejako sięgnęłam po Stanisława Vincenza "Na wysokiej połoninie - Zwada". Odszukałam ją w przepastnych magazynach zaprzyjaźnionej placówki bibliotecznej, nieco zapomnianą przez współczesnego czytelnika.Na pożółkłych kartkach wydania z lat osiemdziesiątych zaklęty został obraz świata społeczności huculskiej z barwną obrzędowością, zwyczajami, obyczajami towarzyskimi u progu wieku XX. Ukazane zostało zderzenie tradycji i obyczajowości wolnych ludzi zamieszkujących obszary między Czarnogórą a Bukowiną z groźnie postępującą "nowoczesnością" świata. W słusznym przewidywaniu mądrych starych ludzi, w nieodwracalny sposób zagrozi i zniszczy ona świat starych zasad, zniszczy dawny sposób życia. Na kartach książki w barwnym potoczystym języku wzbogaconym gwarowymi określeniami opisane są dzieje rodów huculskich, tych znaczących- gazdów pępkowych i ludzi ich otaczających, żydów, rębaczy z butynu, spuzarów. W decyzjach swoich kierowano się poczuciem honoru i obowiązku wobec innych, drewniany rewasz z karbowanymi znakami stawał się rękojmią zawartej umowy.
Czuję że to dla mnie początek nowych poszukiwań, cykl "Na wysokiej połoninie" zawiera pięć ksiąg, do których dotarcie zabierze mi pewnie trochę czasu...


niedziela, 27 października 2013

pracująca dziewczyna

Za mną ciężki tydzień, przemieszczam się auteczkiem między jednym kawałkiem etatu a drugim..Parę miesięcy takiego funkcjonowania już mi daje w kość, nic to , zaciskam zęby, byle do przodu.

Art Foto

I już po festiwalu. Przez trzy tygodnie dostępne były wystawy mistrzów współczesnej fotografii w kilku nieodległych punktach miasta, karnet na wstępy opłaciłam już we wrześniu. Nie mogłam się nacieszyć tym wydarzeniem należycie, wystarczająco dużo czasu poświęcić na przegląd prac. Tylko dzięki determinacji zobaczyłam wszystkie wystawy, w przerwach między doskokiem z jednej pracy do drugiej, po sobotnich dyżurach kradnąc czas rodzinie oczekującej w domu wypełnienia słusznych obowiązków matki i napełnienia misek bardziej wykwintną strawą niż zgrzebnie naprędce upichcona codzienna.
Na długo pozostaną mi pod powiekami odrealnione portrety francuskiego fotografika- Williama Roppa; podświetlone postaci dziecięce na tle na poły roślinnym na poły magicznym, sugestywnie wpatrujące się w widza intensywnym do granic spojrzeniem, kobiety o skórze poszarzałej, z porami wypełnionymi pyłem tworzącym na ciele nierealne desenie.
Na zdjęciach Jaroslava Kucery zobaczyłam ludzkie emocje, nonszalancki wdzięk przegranych, którzy z brawurą i gestem wielkopańskim tracą ostatnie drobne wytargowane od życia, w  twarzach widoczne były uczucia tak intymne że aż budzące szacunek.
O mało wtedy nie spóźniłam się do pracy...

poniedziałek, 7 października 2013

Niedzielny wycisk

Na Małą Fatrę wyjechaliśmy w niedzielę o 7.00 z miejsca zbiórki przy MCK, drzemałam w autobusie słusznie przewidując że dostanę wycisk. Dzień był szary, bezdeszczowy, temperatura niższa niż zakładana, gratulowałam sobie zapasowego polarka w plecaku. Trasa zaczęła się dość łagodnie, Dolne Giery powitały nas pierwszymi kaskadami wody i zjawiskowo pięknymi przejściami między masywami skalnymi. Przejście po metalowych konstrukcjach bezpośrednio położonych nad strumieniem wijącym się między skałami było pełne niecierpliwego napięcia, deptając sobie po piętach przechodziliśmy kolejno po mokrych i śliskich od błota stopniach,  żałowałam że jestem z tak liczną grupą i nie mogę się po prostu zatrzymać by nacieszyć się tym widokiem. Szliśmy zwartą grupą jeden za drugim pilnując odległości i przewodnika w zasięgu wzroku. Dalej były i wejścia z łańcuchami, na wilgotnych skałach ślizgały się buty, jedną ręką przytrzymywałam się barier i podciągałam na łańcuchach, drugą chroniłam sprzęt foto.Mimo ostrego tempa narzuconego przez Szefa udało mi się zrobić parę ładnych ujęć dzięki którym już na spokojnie mogę zobaczyć a gdzie wczoraj byłam. W Górnych Gierach było jeszcze piękniej i jeszcze trudniej, wyślizgane mokre skały wymuszały dyscyplinę i koncentrację na tym by dobrze stawiać stopy a nie rozglądać się wokoło i kontemplować piękno przyrody. Chwila nieuwagi groziła bolesnym upadkiem i stoczeniem się ze skalistego przejścia ciągnąc za sobą pozostałych.Szybko przeszłam do "tylniej straży" i bez takiego już parcia na dotrzymanie tempa pozwalałam sobie na krótkie chwile postoju by porozglądać się wkoło. Zmęczona porządnie dotarłam na przełęcz, część najbardziej niezdartych poszło na Wielki Rozsutec, ja z pozostałymi maruderami przeszłam spokojnie pod szczytem bocznym szlakiem omijając tym razem to wyzwanie.



 Doszliśmy do Stefanowej, z przyjemnością i błogą ulgą usiadłam na wielkim zwalonym pniu tuż przy parkingu i nie wstałam za żadne skarby aż do przyjazdu naszego autokaru. Kontemplowałam sobie wybłocone do kolan spodnie, usuwałam grube centymetry gliny oblepiającej moje trapery, wyjadłam wszelkie resztki i pozostałości z plecaka.Dowcipkowaliśmy, podjadaliśmy "Studencką" zakupioną w miejscowym zdzierstwie za euro, popijaliśmy cienkie piwo bez gazu i było nam dobrze.

sobota, 5 października 2013

Zosia robi przyjęcie


Spędziłam miło dzień, spotkaliśmy się wszyscy przed Fałatówką, weszliśmy, by pozwiedzać ten piękny obiekt w którym Fałat spędził ostatnie dwadzieścia lat swojego życia. Przewodnik i kierownik muzeum w jednej osobie uraczyła nas ciekawostkami z życia malarza i jego najbliższej rodziny.Największe wrażenie na mnie zrobił portret góralki, akwarela - z któregokolwiek miejsca patrzyło się na ten portret jej wzrok zawsze padał bezpośrednio na oglądającego, patrzyła jakby prosto w oczy, wypróbowałam to pod różnym kątem i wrażenie pozostało niezmienne
 Zosia czekała w leśniczówce, przygotowała watrę, duszonki, kiełbachę do pieczenia na patyku. Jesień łaskawie nas potraktowała dzisiaj, słońce przebijało się przez ulistnione jak najbardziej drzewa. I atrakcja specjalna- w pewnym momencie podjechały dwie ciężkie terenówy, wysiedli kierowcy o twarzach wyciosanych w grubym kamieniu z nieodłącznym papierosem w ustach, zagarnęli towarzystwo do aut i pojechaliśmy wysoko w górę, na przełaj przez las, stromiznami, drogami znanymi tylko leśnikom.W pewnym momencie zobaczyłam już na wysokości niezmierzone połacie lasu porastającego zbocza Klimczoka, lasu w którym właśnie zaczyna się zmiana barw, jeszcze zielonego ale już z zaznaczonym akcentem zółci i czerwieni. I widok najbardziej nieoczekiwany; ze stanowiska składowania drewna z wyrębu zwanego patelnią między odległymi szczytami Pilska i Babiej pojawiły się odległe Tatry. Jutro jadę na Małą Fatrę, spodziewam się wrócić zmęczona i nasycona odczuciem przestrzeni