poniedziałek, 7 października 2013

Niedzielny wycisk

Na Małą Fatrę wyjechaliśmy w niedzielę o 7.00 z miejsca zbiórki przy MCK, drzemałam w autobusie słusznie przewidując że dostanę wycisk. Dzień był szary, bezdeszczowy, temperatura niższa niż zakładana, gratulowałam sobie zapasowego polarka w plecaku. Trasa zaczęła się dość łagodnie, Dolne Giery powitały nas pierwszymi kaskadami wody i zjawiskowo pięknymi przejściami między masywami skalnymi. Przejście po metalowych konstrukcjach bezpośrednio położonych nad strumieniem wijącym się między skałami było pełne niecierpliwego napięcia, deptając sobie po piętach przechodziliśmy kolejno po mokrych i śliskich od błota stopniach,  żałowałam że jestem z tak liczną grupą i nie mogę się po prostu zatrzymać by nacieszyć się tym widokiem. Szliśmy zwartą grupą jeden za drugim pilnując odległości i przewodnika w zasięgu wzroku. Dalej były i wejścia z łańcuchami, na wilgotnych skałach ślizgały się buty, jedną ręką przytrzymywałam się barier i podciągałam na łańcuchach, drugą chroniłam sprzęt foto.Mimo ostrego tempa narzuconego przez Szefa udało mi się zrobić parę ładnych ujęć dzięki którym już na spokojnie mogę zobaczyć a gdzie wczoraj byłam. W Górnych Gierach było jeszcze piękniej i jeszcze trudniej, wyślizgane mokre skały wymuszały dyscyplinę i koncentrację na tym by dobrze stawiać stopy a nie rozglądać się wokoło i kontemplować piękno przyrody. Chwila nieuwagi groziła bolesnym upadkiem i stoczeniem się ze skalistego przejścia ciągnąc za sobą pozostałych.Szybko przeszłam do "tylniej straży" i bez takiego już parcia na dotrzymanie tempa pozwalałam sobie na krótkie chwile postoju by porozglądać się wkoło. Zmęczona porządnie dotarłam na przełęcz, część najbardziej niezdartych poszło na Wielki Rozsutec, ja z pozostałymi maruderami przeszłam spokojnie pod szczytem bocznym szlakiem omijając tym razem to wyzwanie.



 Doszliśmy do Stefanowej, z przyjemnością i błogą ulgą usiadłam na wielkim zwalonym pniu tuż przy parkingu i nie wstałam za żadne skarby aż do przyjazdu naszego autokaru. Kontemplowałam sobie wybłocone do kolan spodnie, usuwałam grube centymetry gliny oblepiającej moje trapery, wyjadłam wszelkie resztki i pozostałości z plecaka.Dowcipkowaliśmy, podjadaliśmy "Studencką" zakupioną w miejscowym zdzierstwie za euro, popijaliśmy cienkie piwo bez gazu i było nam dobrze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz